Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty

Wszystko z dyni

Nasze dyniowe poletko obrodziło i nastał czas Dyniowej Rozpusty.



Nie wiem jak się nazywa ta dynia, ale koniecznie muszę ja posiać znowu. Ciemnozielona skórka, a w środku intensywnie pomarańczowy melonowo-orzeźwiający miąższ; idealna do zup, placków i ciepłych sałatek.

 Na przykład do ciepłej sałatki-jarzynki ze szpinakiem: czosnek, świeży imbir, szczypta garam masala, sól, pieprz, chwila na patelni i gotowe! Jolu, dzięki za inspirację!

Zupa dyniówka, najlepsza!
Cebula, marchewki, pietruszki, soczewica czerwona, imbir gotują się prawie do miękkości, potem dołącza dużo dyni plus przyprawy: kolendra mielona, kumin, kurkuma, papryka, sól i pieprz, plus sekretna łycha ugotowanej kaszy jaglanej dla gęstości i zdrowotności; gotujemy, miksujemy. Z grzankami z żytniego dobrego chleba nawet Adela wcina:)



Placki! Placki! Placki!
Starta dynia, jajo od szczęśliwej kury, trochę ryżowego mleka, łyżka lub dwie mąki (żytniej, gryczanej, owsianej etc.), łyżka ksylitolu lub syropu z agawy, szczypta cynamonu i soli. Smażone na oleju kokosowym dla dodatkowego aromatu. Idealne na pierwsze i drugie śniadanie. Krystyna życzy sobie jeszcze "z syropem kloniowym". Rozpusta.



Ciepła sałatka z Królową Hokkaido: dynia podsmażona na patelni (najlepiej ze świeżą szałwią), ugotowana quinoa, pomidor żółty, czarne oliwki i jaja prawie na miękko, obowiązkowo jakiś dobry olej; mamy wspaniałe miejscowe: rzepakowy, z ostropestu, lniany, ale tym razem wygrał dyniowy od Teściowej z bałkańskich wakacji.

Wersja z bakłażanem i czosnkiem dla słomianej wdowy, kiedy mąż w stolicy (Kamil nie lubi bakłażanów ("konsystencja robaka") i nienawidzi czosnku). Pokropiona cytryną i posypana extra hot chilli:)


Na ciepło była jeszcze wersja z ziemniakami i cukinią. Zawsze pyszna!

No i jeszcze ciasto dyniowe. Nie załapało się na zdjęcie:)

edit
sposób na dynię piżmową czyli butternut squash:
ta dyńka jest ciężka w obróbce, ma twardą skórę, którą ciężko się obiera,
 znalazłam w necie fajny patent na oporną;
Ponacinać na krzyż, skropić oliwą, posypać ziołami i na około 30 minut do piekarnika. Kiedy miąższ zmięknie wydłubać go łyżeczką, wymieszać z dodatkami, tutaj: czarne oliwki, natka pietruszki, cebula, posiekane orzechy pecan, roztrzepane jajo; upchnąć z powrotem w dyńce, posypać serem albo i nie, i zapiekać jeszcze z pół godzinki.


wieści z ogrodu czyli sukcesy i porażki, cd

Cukinia, ta jeszcze bez owoców, wśród nagietków.

Pierwsza cukinia-owoc, czyli kwiat żeński, męskie mają tylko cienkie łodyżki. Tako rzecze internet.


Dynia wielkości koralika, a ogórek jak paznokieć. A sąsiedzi już kiszą swoje.


Ale. Po wstępnym odchwaszczeniu ogórków ukazały się moim oczom...kanie!
Już pożarte, tylko jedna była robaczywa.


Wschodzi koper włoski w towarzystwie żyta, które wykiełkowało ze słomy.

Plon buraczano-marchewkowy plus cebula plus malutka jeszcze skorzonera i pietruszka.

Pomidorsy ciągle zielone. Może się zaczerwienią zanim je co zeżre.


Niedługo słonecznik ozdobny przebije foliowy sufit. Posiałam go na końcu grządki, kiedy jeszcze nie było foliowca, żeby osłaniał ogródek od wiatru. No i teraz mam.

Stonki

W naszym ziemniaczanym zagonie, którego nie dotyka chemia, mamy niestety stonki.



Najpierw trafialiśmy na pojedyncze, dorosłe okazy oraz na jaja złożone na spodniej stronie liści. Systematycznie je usuwaliśmy.

Ostatnio jednak stonki wykonały cywilizacyjny skok i pojawiły się w wielkiej liczbie.

I nie mamy tutaj dużego wyboru: albo chemia, np. blokująca stonkom trawienie (wymierają z głodu po kilku dniach), albo ręczny zbiór i fizyczna eksterminacja. Do chemii mamy stosunek bardziej niż negatywny, więc pozostało nam zbieranie i niszczenie.

Pojedynczy, największy dotąd zbiór wygląda tak:



Sytuacja jest już opanowana, ale kilka ziemniaczanych krzaków było o włos od przegrania rywalizacji z owadami.



Współpraca z ptakami, o której tak zajmująco piszą autorzy książek o ogrodach permakulturowych, to fikcja. Tłuste, dobrze widoczne (czerwone i pomarańczowe) larwy siedzą sobie na liściach, a ptaki - nic...

Sukcesy i porażki ogrodowe

Najpierw sukcesy:
Wschodzi posiana niedawno w sadzie gryka, która ma zdusić trochę dżunglę chwastów 


Groszek cukrowy na wyniesionej grządce wypuścił pierwsze strączki

Sałata na wyniesionej grządce rośnie jak głupia, butelka obok to "nawadniacz"

Dumna dynia, która jakimś cudem oparła się czerwcowemu przymrozkowi:




oraz bolesne porażki:

pierwszy mój plon, czyli rzodkiewkę zeżarła pchełka ziemna. Teraz już wiem, że trzeba rzodkiewki po posianiu przykryć agrowłókniną lub gęstą firanką; w następnym sezonie na pewno się uda:)



Bób pięknie wyrósł i zakwitł, ale też zaczęło go coś zżerać, chyba jakieś mszyce, walczę z nimi opryskami z cebuli.

Jedyny na razie kwiat róży, ale róża oblepiona mszycami. Dostały prysznic z wywaru z łusek cebuli, wokół łodygi rozłożyłam łupinki czosnku i obsypałam cynamonem, żeby odstraszyć mrówki, może pomoże.

Plon ziemniaczany; bez komentarza.

Kamil rozprawił się po chłopsku z ziemniaczanym plonem:)

No i tak o.



Wieści z ogrodu

W ogródku mnóstwo się dzieje.
Przede wszystkim powstał foliowiec, do którego przeprowadziły się pomidory i papryki z parapetów, oraz zostały zasiane bazylia, nasturcja i czosnek.


Kamil wpadł na pomysł, żeby do konstrukcji wykorzystać taśmy z opakowań okien, które walały się po placu budowy.


Owinęliśmy kanty i rogi folią stretch, żeby pokrycie się zaraz nie podarło.


Oj, namęczyliśmy się srodze przy naszej pierwszej autorskiej budowli:) Z uwagi na silne wiatry od pola i prowizoryczność konstrukcji powstał foliowy domek dla krasnoludków.



Foliowiec wygląda pięknie, zwłaszcza wieczorem, ale nie spisuje się najlepiej, niestety. Rośliny się przyczaiły i nie chcą rosnąć. Chociaż to w sumie nie jego wina, że ziemia pod nim jałowa i kwaśna. Wyściółkowałam słomą, posypałam popiołem z kominka, skorupkami jajek, polałam EMami. Przygotowuję gnojówkę z pokrzyw, już porządnie śmierdzi, jutro poleję:)
 Jeśli nic z tego nie będzie, to...spróbuję znowu za rok:)



Ciągle trzeba coś kopać

Ciągle trzeba kopać, przewalać tony ziemi, zasypywać. Orka na ugorze. Kopie się ciężko, bo w tutejszej ziemi siedzi mnóstwo kamieni i żwiru. "Musisz chyba żwirownię tu otworzyć" - to Witek, który wpadł z wizytą i zadowolony (że to nie on kopie) patrzy, jak spod szpadla lecą iskry przy uderzeniu w kolejny kamień.

Można oczywiście zamówić koparkę, ale machanie szpadlem osładza myśl, że z każdym machnięciem zostało w kieszeni kilka złotych...

Na zdjęciach - rowy pod "wodę" do ogródka i do budynku gospodarczego.


Zdarzają się małe katastrofy budowlane - jak ta w prześwicie domu. Nie było tam ziemi wzmocnionej z wierzchu plątaniną korzeni perzu, ale żwir ubity zagęszczarką. Wykop nie utrzymał się zbyt długo. W ciągu godziny ściany osunęły się trzykrotnie i zamiast wąskiego wykopu powstał okop, który trzeba było zabezpieczyć przed dalszymi ruchami.


M: - Ojej, jaki wielki wykop.
K: - Ściany się osunęły. I przez to dom się trochę przechylił.
M: - Jak to?!

Uwierzyła :).

Najbliższe krecie plany - kopanie dołu pod oczyszczalnię ścieków.

Nasza inwalidka - c.d.

Na razie nie wiadomo, czy inwalidka przyjęła się w naszym sadzie. Wciąż jest zimno, więc trwa w zimowym uśpieniu, jak pozostałe drzewka. Jeśli przeżyła, będzie z ziemi wysysała wszystko jak odkurzacz, bo śliwy mają zasięg korzeni nawet trzykrotnie większy niż obwód korony...

Tak było wczesną wiosną, a teraz już wiadomo: nasza inwalidka przeżyła i ma się dobrze.



Woda

Mamy już własną studnię głębinową. I własną wodę, która jest pierwszą naszą własną wodą w życiu, bo dotąd mieliśmy tylko tę z wodociągu.

Pan studniarz dość długo chodził z wahadełkiem i sprawdzał cieki wodne. Stwierdził, że mocny ciek biegnie w poprzek działki, pod naszą stertą słomy i szopką.

Panowie ustawili sprzęt, wykopali kanał i dół do gromadzenia wody, która miała z powrotem trafiać do maszyny. I zaczęli wiercić.


Pan studniarz nawiercił też mnóstwo dziur w pierwszym, najgłębiej położonym odcinku rury, przez który woda będzie przeciekać z warstwy wodonośnej do instalacji:


Na marginesie: te niebieskie, plastikowe sprężynki wydłubywaliśmy później z trawy przez godzinę ręcznie, grabiami, szczotką i szpadlem...

Po kilku godzinach wiercenia panowie trafili wreszcie na wodę. Jest jej bardzo dużo, ale zawiera żelazo i mangan, co pan studniarz ustalił po kolorze żwiru (szary) i po smaku wody.

Panowie podłączyli własną pompę i pierwszy próbny spust wody popłynął na nasze pole:


Dwa dni później panowie przywieźli kupioną dla nas pompę, która wygląda jak spory, dobrze wypolerowany pocisk:


Przywieźli też niedużą studzienkę z klapą:


Zamontowali, co trzeba, wyprowadzili nam cieńszą, elastyczną rurę na powierzchnię (już można podlewać) i zakopali studzienkę.

A teraz trzeba już tylko wykopać kilkadziesiąt metrów rowu głębokiego na 1,2 m, położyć rury i przewód elektryczny oraz zainstalować:
  • kran - przy ogródku
  • zbiornik wyrównujący ciśnienie - w kotłowni domu (co wiąże się z przebijaniem przez uzbrojoną płytę fundamentową...).
Za kilka tygodni zbadamy wodę w sanepidzie. Wcześniej nie warto, bo - jak powiedział pan studniarz - wyniki byłyby zafałszowane dodatkową chemią obecną w fabrycznie nowej pompie i rurach.

Żeby korzystać wyłącznie z własnego ujęcia wody, musielibyśmy zainwestować w domową stację oczyszczania (usuwanie żelaza i manganu). Obliczyliśmy orientacyjnie, że koszt studni oraz takiej stacji zwróciłby się nam po około ośmiu latach.